Stan wojenny, wprowadzony w Polsce 13 grudnia 1981 roku, oznaczał wojnę uzbrojonej komunistycznej władzy z bezbronnym narodem. Każdy sprzeciw wywoływał surowe szykany. Na terenie Podbeskidzia do końca grudnia uwięziono 150 osób. W kolejnych miesiącach ta liczba wzrosła prawie dwukrotnie.
{Play}
Zaangażowani wcześniej w pamiętny wielki strajk Podbeskidzia z przełomu stycznia i lutego 1981 r. związkowcy "Solidarności" oraz tysiące pracowników zakładów Bielska-Białej i całego regionu pokazali już wcześniej, że stać ich na odwagę. Na transparentach pisali: "Chcemy prawdy i wolności". Do dziś historycy zwracają uwagę, że podbeskidzki strajk był wyjątkowym wydarzeniem, w którym nie chodziło o postulaty pracownicze, ale obywatelską niezgodę na nieuczciwość rządzących.
To, co wydarzyło się w niedzielę 13 grudnia, zaskoczyło wszystkich. Niektórzy postanowili zaprotestować przeciw bezprawiu od razu, inni trochę później.
Płacili za to najczęściej bardzo wysoką cenę, bo służba bezpieczeństwa zaciekle tropiła każdy najdrobniejszy przejaw buntu, a sądy wydawały natychmiast surowe wyroki, sięgające 6 lat więzienia. Taki wyrok usłyszał m.in. Patryk Kosmowski, ukrywający się przed władzami szef naszego regionu "Solidarności" Skazywano nie tylko za działalność przeciwko rozporządzeniu o stanie wojennym, ale bywały w sentencjach wyroków także absurdalne sformułowania stwierdzające, że oskarżony jest winny, bo "było możliwe, że taką działalność podejmie"...
Każda przekazana ulotka, gazetka, jej druk czy posiadanie, niosły wielkie ryzyko. A mimo to na Podbeskidziu powstała konspiracyjna struktura "Solidarności" czyli Regionalna Komisja Wykonawcza "Trzeci Szereg". Ukazywał się biuletyn informacyjny, działało podziemne "Radio Solidarność", prowadzona była pomoc dla rodzin skazanych, internowanych i ukrywających się działaczy.


Wśród tych, którzy się na Podbeskidziu nie poddali po 13 grudnia, był Wiesław Pyzio, wówczas młody pracownik Andrychowskiej Fabryki Maszyn. Miał wtedy 22 lata, a za sobą czas intensywnego dojrzewania do wolności. Pamiętał strajki w Radomiu i to, jak przeżył wybór Polaka na papieża. Potem przyszła "Solidarność". – Można było nie jeść przez parę dni, tylko żyć tym, co się działo wokół nas – wspomina ze śmiechem.
– Razem z Wieśkiem Bakalarskim, Staszkiem Sordylem i moim bratem Arkiem próbowaliśmy od razu 13 grudnia zareagować. W poniedziałek od 7.00 zaczął się strajk w AFM, ale po paru godzinach przyjechali żołnierze, straszyli wyrokami, jeśli nie zrezygnujemy. Ludzie się bali – relacjonuje pan Wiesław. Jeszcze 13 grudnia przeczytał Konstytucję i odkrył, że stan wojenny ogłoszono nielegalnie. – Przecież wtedy obradował Sejm, a skoro tak, to Rada Państwa nie mogła wydawać takiego rozporządzenia – podkreśla. Ale nikt na to wtedy nie zważał.
– Byłem mocno zaangażowany w związkową działalność, więc uznałem, że internowanie i tak mnie nie minie. Byłem kawalerem, nie miałem rodziny, za którą musiałem odpowiadać, więc było mi łatwiej podejmować ryzyko. Najpierw poszedłem przez Andrychów i zrywałem wszystkie obwieszczenia o stanie wojennym. Stan wojenny zaczął się w niedzielę, więc strajkować się nie dało. W poniedziałek chcieliśmy zaprotestować i zaczęliśmy strajk, ale byliśmy niezbyt dużym zakładem i kiedy przyjechało kilku wojskowych, zagrozili siłowym rozwiązaniem protestu, ci, którzy mieli rodziny, wrócili po paru godzinach do pracy. Trudno było się im dziwić – przyznaje Wiesław Pyzio. Czuł jednak, że trzeba protestować bardziej zdecydowanie. – Tylu ludzi pozamykali. Nie mogłem tego tak zostawić. Założyłem biało-czerwoną opaskę i poszedłem do zakładu.
Strajkowałem sam. Podobnie jak Rysiek Majdzik ze Skawiny, o którym dowiedziałem się później – mówi Pyzio. Z zakładu usunięto go siłą. Kiedy go wynosili, śpiewał "Jeszcze Polska nie zginęła". To zostawiło w ludziach ślad...
Wyrokiem sądu został skazany na 3 lata więzienia i 2 lata pozbawienia praw obywatelskich. Więziony był m.in. w Raciborzu, Strzelcach Opolskich, Kłodzku, a mama, która jeździła co miesiąc na widzenia, jeździła też odwiedzać jego brata, który też trafił za konspirację za kraty.
Wypuszczony po niespełna 1,5 roku dzięki amnestii, nadal się nie poddawał. Uczył się drukowania jeszcze przed stanem wojennym. Powielacz stał w domowej piwnicy. Kiedy wyszedł z więzienia, zaangażował się niemal natychmiast w konspiracyjny druk i kolportaż podziemnych wydawnictw. Drukowali m.in. z Wieśkiem Bakalarskim, potem jego bratem Mietkiem Machowiakiem. Organizował sieć kolporterów, punkty przekazywania bibuły.
Drugi wyrok brzmiał: 2,5 roku pozbawienia wolności. Tym razem spędził za kratami rok. Tak Wiesław Pyzio został jedynym na Podbeskidziu skazanym dwukrotnie podczas stanu wojennego i łącznie przesiedział 2,5 roku. W tym czasie w obronie praw więźniów politycznych wielokrotnie podejmował głodówki protestacyjne. Jednym ze współwięźniów był Władysław Frasyniuk. Po tym, jak funkcjonariusze pobili Frasyniuka w więzieniu, Pyzio opisał to na bibułce do papierosów i mimo surowej kontroli osobistej zdołał przemycić i przekazać gryps księdzu w czasie więziennej Mszy Świętej. Następnego dnia o pobiciu Frasyniuka wiedział już cały świat, bo jego gryps czytano w radio "Wolna Europa"...
Po latach – i kolejnym procesie sądowym – za swoją działalność otrzymał jedynie zwrot zarobków utraconych w wyniku bezprawnego uwięzienia. A potem Krzyż Wolności i Solidarności. I niczego nie żałuje.
– Tak trzeba było. Dla Polski. Dziś już wielu kolegów nie żyje. Może dlatego, że to kosztowało wiele nerwów. Mnie było łatwiej, bo nie miałem jeszcze wtedy rodziny – zastanawia się Pyzio, wciąż zastrzegając, że wcale nie był jakimś szczególnym bohaterem. – Tylu ludzi się narażało, a potem, w demokracji, o nich już nikt nie mówił. A zasłużyli na pamięć – podkreśla. Sam zabiera się za opisanie tych, z którymi zetknął się w podziemiu. I został jednym z założycieli stowarzyszenia "Podbeskidzie – Wspólna Pamięć".